Narracja sponsorowana przez Zrzędnik Całodobowy - niezależne insulijskie medium.
Pomimo kalendarzowej jesieni, temperatura w Amatorii nie spadała ani na moment. Słońce bez ustanku podgrzewało temperaturę, a zdawało się oddziaływać również na temperament niektórych osobników. Ulice były pełne ludzi. Nie byli to jednak obywatele wykonujący swoje codzienne czynności.
Przez ulicę niespiesznie maszerowali manifestanci, niosący przed sobą różnej wielkości transparenty, których napisy zdradzały popierane przez nich poglądy: "Rząd odwrócił się od socjalkapitalizmu", "Prawdziwi PKR-owcy - do władzy!", "Partia spoiwem kraju", "Ku chwale Kraju Ludu", "Wypędzić obcych agentów" Z przeciwka dziarsko maszerowali inni protestujący niosąc odmienne hasła: "Nie dla socjalkapitalizmu", "Obalić rządy Partii!", "Jaki rząd, taki kraj", "Autonomia mniejszościom, praca masom!" Pomiędzy nimi nieruchomo stali zakapturzeni ludzie, wyraźnie na coś wyczekujący. Nie krzyczeli, nie potrząsali banerami, nie unosili do góry zaciśniętych pięści, w przeciwieństwie do innych byli poważni i spokojni. Do czasu. Doniczka z kwiatami umiejscowiona na tarasie jednego z domów zadrżała nieznacznie. Potem wszystkie inne delikatne przedmioty poszły w jej ślady, chwiejąc się tak przez chwilę, jak gdyby zawiał co mocniejszy wiatr... Podczas, gdy powietrze pozostawało w całkowitym bezruchu. Zakapturzeni ludzie natychmiast to dostrzegli, po czym zaczęli biegać, podskakiwać i wykrzykiwać: - Betel jest blisko! Betel powraca! - Oczywiście wybiło to z rytmu maszerujących na siebie protestujących. Na nic zdały się ich wytłumaczenia, kiedy próbowali zatrzymać pogrążonych w euforii wyznawców Betela i powtórzyć im niczym mantrę płynące ze wszystkich mediów oświadczenie naukowców utrzymane zawsze w tym samym beznamiętnym tonie: - Dzień dobry, dziś z Batawii może nadejść kolejna fala wstrząsów, życzymy miłego dnia - Rzecz jasna po tylu powtórzeniach nawet dla najbardziej oddanych nauce wydawało się to ciągiem dźwięków pozbawionych znaczenia. Może tym należałoby tłumaczyć rosnącą z olbrzymią prędkością popularność jeszcze niedawno tak niszowej i hermetycznej sekty jak wyznawcy Betela, niebiańskiego proroka, który zniszczył siłą woli Lizbonę w odległym Voxlandzie, i tak samo po swym powrocie zniszczy najniegodziwsze z istot - Kerbale. Rzecz jasna wierzyli oni, że rządy, obce narody i właściciele firm to Kerbale, co wyjaśnia również, czemu w następującej po wstrząsach euforii zaczęli prędko demolować witryny sklepów i wdzierać się do nich, ażeby zagrabić bądź zniszczyć znajdujący się tam towar. Kto jednak zwróciłby na to uwagę w tym tłumie, hałasie, zasłaniającym wszystko dymie rac? Cała dziwaczna kawalkada malkontentów dotarła wreszcie, już razem i - co nadzwyczajne - współpracując ze sobą nawzajem, pod siedzibę saganowską. Tam też oczekiwał ich już niewielki oddział Ludowej Ordy Taboru pod dowództwem kapitana Niejamczova Iekompetenta, człowieka z natury do bólu prostolinijnego, który wstając rano zapewne nie domyślał się, że wczesnym popołudniem znajdzie się w centrum wydarzeń. Nie miał zbyt wiele czasu na przemyślenia, a przecież miał tak dużo pytań! Niestety, mógł jedynie zadawać je sam sobie, patrząc bezmyślnie. Na ulicę. Na tłum. Na budynki. Na podkomendnych, oczekujących w niepewności. Na niebo. Na tłum. Na śmieci walające się po ulicy. Znowu na tłum, będący coraz bliżej. Dlaczego cały rząd Amatorii zgromadzony w jednym budynku wezwał do swej obrony jedynie nieliczny oddział? I dlaczego musiał być to jego oddział? Co chce zrobić ta horda ludzi zmierzająca wprost ku niemu z ulicy? Czy należałoby prewencyjnie na nich uderzyć? Dlaczego znalazł się tutaj? Czy oni go zmiażdżą? Jak stąd uciec?
August van Hagsen de la Sparasan