Gdy wesele już trwało Burek zjawił się u drzwi pałacu. Towarzyszyli mu kompanii - zarówno kilku stałych towarzyszy z Trinitzu, jak i paru wyglądających na abachaskich wieśniaków. Wszyscy z nich mieli już za sobą degustację wysokoprocentowych trunków, co było oczywiste dla wszystkich wokół.
Początkowo służba pałacowa nie chciała wpuścić ich do środka. Ale dzięki zdolnościom dyplomatyczny jednego z nieocenionych kompanów - Adlmusa Musa (i jednemu z Abachazów, który swoim długim nożem wyrównywał sobie paznokcie), wszystkim udało się wejść do środka.
Burek, zostawiając swoich towarzyszy w tyle, pośpieszył tam, gdzie spodziewał się zastać gospodarza z panną młodą. Gdy stanął przed nim, a w każdym razie przed czymś albo przed kimś, co lub kto wydawało się być Bazylem, złożył swoje gratulację.
- Oj, syneczku, miałem Wam dać prezent, ale cóż... może dostaniesz... może dostaniesz coś... za dwa... za dwa albo trzy tygodnie. A teraz, syneczku, ucałuj ode mnie swoją PIĘKNĄ MAŁŻONKĘ.
