![]() |
|
Opowiadania - Wersja do druku +- Związek Winkulijski (http://forum.winkulia.eu) +-- Dział: Plac Pułkowników (http://forum.winkulia.eu/forumdisplay.php?fid=1) +--- Dział: Inicjatywy i instytucje (http://forum.winkulia.eu/forumdisplay.php?fid=4) +---- Dział: Biblioteka narodowa im. Johanna Gebera (http://forum.winkulia.eu/forumdisplay.php?fid=188) +----- Dział: Zbiory biblioteki (http://forum.winkulia.eu/forumdisplay.php?fid=626) +----- Wątek: Opowiadania (/showthread.php?tid=3296) |
Opowiadania - Erik Otton von Hohenburg - 29 Mar 2021 Lord Ztähu
Basil, wówczas jeszcze jako hrabia, przybył do swoich włości w Ztähau i spostrzegł wznoszący się zamek, górujący nad okolicą, był to zaprawdę majestatyczny widok. Basil zszedł z konia i mruknął pod nosem.
— ekhm.. trza się pozbyć tego rupiecia, bo mi się te złodzieje mafiozi z Folksbundu do oświadczenia majątkowego przysrają! Lecę go sprzedać!
— ani mi się waż! — ozwał się potężny głos z krzaczorów. Basil mało co nie zafajdał spodni, ale uspokoił się, gdy rozpoznał wyłaniającego się klucznika Gejwazego, imigranta z Muratyki.
— ten zamek należał ogniś to Pana wielkiego, prawego i pobożnego, stolcownika Ztähu, jak to się ogniś kiedyś mówiło, a jak dzisioj mawiają Lorda Ztähu! aż go ten łachudra sprzątnął Rupierć!
Lord Ztähu ogniś także zwany bejbi dziadersem, spotkał na dziedzińcu tego łachudre i rzecze;
— weź mi zmień pieluchomajty!
— Ztähu k*rwa ty nie masz nawet dwudziestki!
Ten zaś się spojrzał na niego z lekka krzywo
— o k*rwa, wysoka prokuraturo składam zawiadomieni o możliwości popełnienia przestępstwa przeciwko stolcownikowi Ztähu! Z artykułu 2137 kodeksu karnego za znieważenie, a także z artykułów 21372137 za probe podważenia zaufania publicznego niezbędnego do pełnienia funkcji publicznej, oraz art. 666 za obrazę urzędnika państwowego, no i ponadto agitacje na rzecz innej mikronacji dla autora pasty.
Lord Ztähu zdenerwował srodze, tak bardzo, że aż narobił z wkurwienia w spodnie i uciekł prosto w stronę słońca, by się tam spalić, tak bez końca. A Rupierć został zwycięski! Rękę podnosi w gescie zwycięstwa, lecz w blasku wschodzącego słońca, spostrzegł ciemność, co spojrzała mu w oczy.
— ciemność, widzę ciemność! — krzyknął rozpaczliwie — którz mi był w stanie zadać taki cios zdradziecki? — zamilkł znów — czy to już koniec? Czy jest coś po naszym ziemskim bytowaniu — pomyślał — uff.. to nie ciemność, TO TYLKO ZTÄHAUOWYCH PIELUCHOMAJTÓW BRĄZOWOŚĆ!
Lord Ztähu wyłonil się zza pleców i wyjaśnił typa ciosem z laski, odtąd jako postać w grze daje ci 10+ do ataku i -2 do rozumu i godności człowieka, bo uciekł półnagi z placu boju, z brązowym znamieniem, ku uciesze gawiedzi.
— to i jakże ty teraz ostatni z Hoojeszków rodu, oddasz zamek Rupierciom!
— jakże to, ja całe życie słyszałem historie o zamkach dreamlandzkich i sarmackich, a tu nasze zamki mają historie piękniejsze! Jakże mógłbym, ja ostatni z hoojeszków rodu oddać wrogom mym Rupierciom!
Zachęcamy do tworzenia i wbogacania winkulijskiej kultury kolejnymi osiągnięciami patoliteratury! RE: Opowiadania - Erik Otton von Hohenburg - 06 Kwi 2021 Rävallfröd
Jarl der Rävall popijał trunek w jednej z kanugardzkich kawiarenek, będąc przekonany, że jedyne co może zrobić ze swoim durnym życiem, to właśnie zachlać się na śmierć. Spojrzał jeszcze raz, na wracającego barmana, by dokończyć raz zaczęte opowiadanie.
— na wojnie Siyah miałem za dowódcę jakiegoś osaczeskiego majora, co walczył jeszcze w sambanafryce, kiedy ichni rząd walczył z powstańcami erańskimi. Podobno tak dręczył tam ludność cywilną, że musiał uciekać z kraju do Brodrii, a potem się zaciągnął do naszej armii.
Barman czyścił szklanke, sprawiał wrażenie, że nie przejmował się zbytnio rozmową.
— ta.. słyszałem, że w Bantu Osacy się nie cackali z lokalnymi, tylko mało, co to palili wsie i ganiali ich na pustynie.
— otóż to! — tu zrobił łyk i kończył — A on ponoć był jeszcze gorszy, ja poza obelgami nic poważniejszego nie dostałem, ale jak w oddziale mieliśmy takiego jednego z koloni azymuckich, to za próbę dezercji, to mało co człowieka nie zakatował żywcem kolbą karabinu!
— hmm.. a mówią, że to ci husarzy czy tam jancarzy Emrych, to największe zagrożenie dla nas!
Na slowa te Jarl uniósł się gniewem.
— a weź pan! Cała ta wojna.. naprawdę, że tyłu ludzi musiało zginąć w tym obsranym przez kozy powiaciku, tylu ludzi zginęło o panowanie nad skraweczkiem terenu, na kresach naszego ogromnego kraju. A najgorsze, że nikt o tym nie mówi! że nikt nie wie nawet co tam się naprawdę dzieje! rząd milczy, a ludzie cały czas tam giną!
Barman poczuł się coraz bardziej zmieszany, czuł, że nie chce dowiadywać się o wszystkich okropnościach wojny w Siyah.
— Jarl, generalnie to słyszałem, że w całe państwo się sypie — Prezydent Żmigrodzki, ledwie uszedł z życiem, jak go jacyś separtyści namierzyli, Ramandia chce się odłączyć, Azymutia też, w Siyah wojna, a nasz Czarnokrajestan i Volkian domaga się autonomii.
— ta, i dodaj jeszcze tych oligarchów psia mać, co naszą najlepszą młodzież niszczą! No, ale w każdym razie takimi metodami za wiele nie zdziałają, pamiętasz co robili jeszcze parę lat temu w Batawii? Tam to była dopiero dyktatura za Uchastoka i Kostatsa!
— No do Batawii, to trafił kiedyś mój stryj!
— współczuję.
— no, ale za bardzo alternatywy nie ma, tam to towarzystwo z północy i z zachodu jakoś nie specjalnie im też leży..
— no mi też.
Jarl spojrzał się przez ramię na okno, gesty śnieg p a d a ł i tłukł ochoczo w szybę. Instynktownie przypomniał sobie, że dziś jest 29 listopada, uśmiechnął się i poczuł jakąś dziwną radość w sercu, jakby promyk nadzieji w tym wszystkim.
— to będzie piękny Rävallfröd! — oznajmił z ulgą.
*
* * Rävallfröd — starowinkulijskie słowo oznaczające w wolnym tłumaczeniu "przepędzenie zła" i jest to święto wywodzące się z czasów przedchrześcijańskich, kiedy ludność wschodniej Winkulii, próbowała w ten sposób odpędzić złe duchy. Rävallfröd odbywa się w nocy z 30 listopada na 1 grudnia. W czasie jego trwania, po zmroku na ulicach Kanugardu odbywa się parada przebierańców, trwająca do północy, po północy powszechnym zwyczajem jest picie grzanego wina. XX wieku wino zaczęło kupować miasto i rozlewać je uczestnikom imprezy, a także odbywają się pokazy rzeźb z czekolady. A to wszystko przy dźwiękach tradycyjnej winkulijskiej muzyki.
Rävall spojrzał na zegarek, za pół godziny miała wybić północ. Noc była ciemna i gęsta, ale starannie rozmieszczony układ latarni miejskich, oswajał te pore doby, nadając jej swobodnego klimatu. Powolnym krokiem, deptał miejski bruk, powoli zbliżając się do zmierzającej, prostopadle względem niego parady przebierańców, gdzieś nie gdzieś zbiegały się grupki przechodniów szukających stoisk z grzanym winem, po wielu było widać, że spożywali ów trunek aż zanadto. Mimo, to dawno nie uczuł tak głębokiego spokoju i poczucia spełnienia, jakiego zaznawał w tej chwili. Ten wszechogarniający spokój ustąpił miejsca uczuciu lekkiej samotności, i przeciwstawnego mu o s a c z e n i a.
"czy ktoś mnie nie śledzi?" pytał się w myślach i w błyskawicznym tempie omiótł cały plac wzrokiem — byl on i nieliczni ludzie, gdzieś w oddali, nie wyglądali aby wyrażali nim jakieś zainteresowanie. Mimo to nie uczuł się z tym lepiej, pobiegł więc na główną ulice, gdzieś w tamtych okolicach odbywał się jarmark. Znalazł się w końcu na skrzyżowaniu ulic, ponad tłumem świętujących wznosiła się wielka dmuchana kukła — wkomponowana w mrok ulicy, przyprawiła Jarla o pot na czole i kołatanie serca, muzyka grana przez podwórkową kapele tylko w tym mu pomagała, Jarl poczuł, że ma do czynienia z jakimś poganskim, niemalże okultystycznym rytuałem. W oczach zagnieździło mu się mnóstwo czerwonobarwnych przedmiotów — to również jest charakterystyczne dla tego święta, ogromna słabość Winkulijczyków do czerwonego koloru.
Nie czuł się tu dobrze, więc czym prędzej opuścił miejsce. Wybiła północ, w niebo poszły sztuczne ognie, a na ziemi częstowano się winem. Tam już było spokojnie, ulice opróżnieniał niebiesko-biały kojący blask, deptak tak samo jak w poprzednim przypadku, był słabo zaludniony. Jarl spoglądał przed siebie, ale tym razem tylko w jeden niepozorny punkt. W całej konstrukcji mikrokosmosu jakim była owa ulica, czymś obcym i niepasującym był małe czerwone auto osobowe Albion Mk 1, rodzimej produkcji. Jarl wciąż się wpatrywał w ten nieporządany obiekt, jakby chciał go zepchnąć wzrokiem z nie najtrzeźwiejszych oczu, aż nagle auto zamieniło się w jedną kule ognia, ogłuszający huk rozbiegł się po mieście, i rzucił na płask kombatanta winkulijskiej armii.
Pierwsze co usłyszał poza świstem własnej krwi były slowa: zamach! zamach! samochód pułapka! Odychał ciężko, wielkim wysiłkiem, podniósł się z miejsca widział ludzi, ci zaś strzelają do innych, musiał się schować. Z obu stron stali terroryści, odgrodzili wszystkie drogi ucieczki! Rozejrzał się za wyjściem, w końcu jednak pozostał bez ruchu, udawał martwego. Cud sprawił, że ze stosunkowo niewielkimi obrażeniami trafił do szpitala, gdzie czekał go jednak kolejny cios.
— oni już wiedzą.. był atak hakerski na wojskowe bazy danych. Wiedzą o wszystkich, którzy brali udział w wojnie w Siyah! — ozwał się głos znajomego z batalionu.
— to nie może być prawda! a nawet jeśli to takich jak ja są tysiące.
— ta wojna się nie skoczyła i będzie trwać dostatecznie długo, aby nas wszystkich dopaść!
To była ich ostatnia rozmowa, jak później się dowiedział, jego przyjaciela znaleziono martwego w wanie. Jarl uczuł po raz kolejny oddech śmierci na swoich plecach. Wypisano go ze szpitala i miał wrócić do domu. Pozwolono mu zabrać ze sobą broń do mieszkania.
W drodze do domu, głowę wypełniała mu doszczętnie tylko jedna myśl; dlaczego skazani jesteśmy na popełnianie wciąż tych samych błędów, bez radosnego Rävallfröd.
RE: Opowiadania - Erik Otton von Hohenburg - 01 Cze 2021 Publikuje tu kolejne opowiadanko zatytułowane "Trwanie i Zagłada". Dotyczące winkulijskiej kolonizacji Azymutii, oligarchizacji winkulijskiego życia publicznego, i jego wpływu na życie zwykłych winkulijczyków. https://megawrzuta.pl/download/6042e7ce47f71715d6506db7878dd765.html.
Trwanie i Zagłada
Amdel Qurt wyglądał przez okno swego obskurnego, socjalnego mieszkania na przedmieściach Kanugardu. Padał deszcz. Nad stolicą zapadał głęboki, nęcący mrok, przecinany gdzie nie gdzie rozbijającym się o chodnik światłem z latarni miejskich. Widok ten tak pospolity, w owej chwili zdawał się być Amdelowi czymś istotnie niezwykłym i zarazem smutnym. Był już po pracy i nie spodziewał się niczego innego jak tego, że już wkrótce położy się spać. Jednak jego przyjaciel zapowiedział, że wkrótce przyjedzie w odwiedziny, itak też słowa dotrzymał.
— witaj Axel! Ile to już my się nie widzieliśmy?
— napewno długo — odparł gość.
— gdzie teraz pracujesz?
— wciąż tam, w Nowej Winkulii w FMWN (La Forca Miliccia de Winqulia Nuovo — dopisek red.).
Zasiedli za stołem, nakrytym przekąskami, wódką i paczką papierosów. Wpadli także na pomysł, aby zagrać na nim w karty.
— i jak zatem wam się powodzi w tych tropikach?
— ah! Nawet nie pytaj! Tam się żyć nie da! Odkąd mnie mianowali majorem, to już prawie nikt nie chce tam służyć! Wszystko się sypie, ciężko jest utrzymać władzę nad regionem z taką garstką podkomendnych...
Adel wziął do ust kolejnego papierosa i ponownie spojrzał na swego rozmówcę i na swoje karty.
— przykro mi to słyszeć — zapytał zaciągając nieco dymu do płuc.
— ale ja nie przyjechałem po to aby się żalić — odparł, sięgając po kieliszek wódki — mogę wyrwać cie z tej nędzy, o ile zgodzisz się wyjechać do Nowej Winkulii.
Amdel zainteresował się, tą niecodzienną propozycją, choć wprawdzie żaden z niego był żołnierz.
— gdzie dokładnie miałbym pracować?
— na plantacji Riela w Emunik, to względnie bezpieczna lokalizacja.
Amdel Spojrzał raz jeszcze w tonącą w półmroku twarz majora.
— co chce i za ile? — dopytał, z ust pod sufit wznosił się gęstniejący obłok dymu papierosowego.
— pół miliona renów za trzy miesiące pracy, ale jak chcesz to za 5 miesięcy dostaniesz u niego nawet milion. — odparł major, który pochylił się nad stołem chcąc zgasić peta w skalnej popielnicy — będziemy strzec jego plantacji przed murzynami.
Amdel rozprostował nogi i oparł plecy o fotel.
— do kiedy mam podjąć decyzję?
— masz czas do niedzieli, jeśli tak, to zadzwoń — odparł Axel podając rękę na odchodne Amdelowi. Najemnik założył płaszcz, pożegnał się i wyszedł znikając w mroku ulicy pozostawiając Amdela samego z jego wyborem.
*
Nazajutrz Amdel znowu wstał, cały obolały i zaspany. Pocieszała go jednak myśl, że to już piątek, a przed nim perspektywa dwóch dni wolnych i propozycja, która mogłaby go wyrwać z pracy, której szczerze nienawidził. Amdel spoglądał w lustro podczas mycia zębów, i odpłynął na statku swych wspomnień do dalekiego Burgiogradu, skąd pochodził. Amdel tęsknił za miastem, choć wiele w nim wycierpiał, jako członek tamtejszej, niewielkiej gminy wyznaniowej Ossaków. Żyjący w skromnych warunkach, wielodzietnej rodziny robotniczej. Przypomniał sobie wspólne chwile spędzone z braćmi, z których jeden obecnie pracował w NUPII jako inżynier przy budowie kolei na Podlandzie. Drugi zaś zaginął bez wieści wraz z kolumną jeńców winkulijskich wziętych do niewoli brodryjskiej.
On sam zaś wylądował na budowie w Kanugardzie, pracując w tej branży już od trzech lat...
I potem znów myślami zabłąkał się po rodzinnej Burgii, skąd wyniósł kilka złamanych żeber w latach szkolnych i zniszczone dzieciństwo. Wziął głęboki oddech, a wspomnienia płynęły w jego głowie jednym ciągiem — dzieciństwo, młodość, dorosłość, dzień wczorajszy, nie znały chronologii, nie znały litości.
I tylko jedno wspomnienie o kobiecie, którą pokochał powstrzymało go od rozbicia lustra w drobny mak. Dziewczyna z niebogatszego domu, nie mniej skrzywdzona przez los jak i on, pracująca kilka przecznic dalej jako ekspedientka — Ulroeke Bloem.
Radość, że ją znowu ujrzy znów pchała go do tego by żyć dalej, mimo wszystko.
Gdy wrócił, po dziesięciu godzinach pracy, był przemoknięty i przemarznięty. Słońce, które wyszło zza deszczowych chmur, już chyliło się ku zachodowi. Pragnął przed zajściem słońca wrócić do domu i choćby na chwilę zbliżyć się do niej.
Rozmawiali chwilę, ale za to treściwie. Uznali, że oboje nie chcą żyć w tym mieście, oboje nie chcą żyć tak jak dotychczas i, że najpiękniejsze miasta Winkulii są na południu.
Gdy było już ciemno, Amdel wyszedł z prowadzonego przez nią sklepu, zszedł schodami i powiedział sobie w myślach.
— teraz potrzebne są tylko pieniądze. Dużo pieniędzy.
Chwycił za telefon, wybił numer do Axela, zbliżył telefon do ust, z których padło krótkie ,,tak, zgadzam się'', i już nikt nigdy go więcej nie spotkał w winkulijskiej stolicy.
Już następnego tygodnia zjawił się na azymuckiej ziemi.
*
Riel nie był zwyczajnym arystokratą czasowów egvallandzkich, ale człowiekiem aż nazbyt znanym w całej Winkuli, ku uciesze zarówno tabloidów, jak i poważnych winkulijskich mediów. Urodzony gdzieś centralnej Winkulii, w pewnej ubogiej rodzinie Sa'o, nie podzielił losu swoich przodków i zrobił karierę, która nawet w tamtych czas, rozpalała wyobraźnię. Riel wygrał pewną, nigdy nie poznaną sumę pieniędzy na loterii państwowej jeszcze przed wojną brodryjską, gdy ta zaś wybuchła ślad po nim zaginął wraz z pieniędzmi. Ktoś pewnego dnia doniósł światu i rodzinie, że Riel uciekł statkiem z Nadmorzca do Bialenii, a stamtąd do Azymutii, pod władaniem Lerven, stając się właścicielem jednej z największych i najzasobniejszych plantacji na wyspie. Jednak nie to tylko sprawiło, że o jego majątku zrobiło się głośno w całym kraju, ale jego wielki jak się później okazało patriotyzm i wkład w przejęcie tego regionu przez Egvalland.
Za sprawą Riela przybywali coraz liczniej planatorzy z Winkulii zwodzeni obietnicą łatwych pieniędzy i dostatniego życia. Najpierw pięćdziesiąt, pięćset… i w końcu pięć tysięcy… a wraz z tym jego wpływ na region stał się niemal równie wielki, co lervenskiego, a potem federalnego namiestnika.
Kraj ten krył jednak przed Rielem wiele bogactw, którymi nie chciał dzielić się z Rielem, a już napewno nie chciało dzielić się z nim prawo federalne. Nie zgadzano się na wydobycie ropy, ani na poszukiwania złota, które zostałyby i tak z resztą znacjonalizowane. Riel nie posiadał się z radości, gdy władze nad Azymutią oddano w ręce Egvallandu. Riel został chojnie obdarowany najpierw urzędem komisarza, a następnie barona przez Prezydenta Erika O. von Hohenburga. W pewnym momencie Riel dostarczał ropę dla wojska, by po chwili zaopatrywać cały kraj w ropę. Republika stanęła nad przepaścią za sprawą jednego starszego męższczyzny, gdzieś na krańcach Nordaty.
Jak można się było spodziewać wraz z rosnącymi w pływami politycznymi i gospodarczymi, tym wiszący nad nim miecz Demoklesa, coraz śmielej zbliżał się do jego głowy. Nic więc dziwnego, że baron de Sa'o potrzebował prywatnego wojska, które strzegło granic jego wpływów.
Amdel początkowo otrzymał za zadanie patrolować mury posiadłości barona w Emunik, przez okolo miesiąc, poczym powiedziano mu, że zostanie wysłany w głąb dżungli, by pilnować bijącego serca interesów barona — szybów naftowych w Yoyotrololo, pod Jugowicami. W Emunik czuł się świetnie, baron cokolwiek złego by o nim nie powiedzieć, umiał zadbać o swoich chlebobiorców. Amdel i inni członkowie formacji, popijali wytrawne albiońskie i zagraniczne trunki, w tym też miejscowe wyroby plantatorów z Emunik. Mieszkał dosyć wygodnie w klimatyzowanej izbie. Wieczorami zaś, gdy gasły wszystkie światła, miasto kładło się do snu, a butelki po winie leżały opróżnione, wyciągał z kieszeni zdjęcie jej i co noc przypominał sobie, dla kogo on tu jest.
*
Qurt dowodził tym razem wartą, odbywającą się w nocy. W trakcie jej trwania udało mu się zauważyć grupę trzech osób, próbujących wtargnąć z bronią na teren posiadłości. Rozpoczęła się strzelania, w której, został ranny w lewe udo, ale za to zamachowców zabito na miejscu. Nazajutrz Riel dowiedział się o wszystkim i w podzięce za swe poświęcenie Amdel otrzymał stopień Leutnanta.
Amdel w tym czasie przebywał w szpitalu, o tragicznych warunkach sanitarnych. W jego salce panował za dnia nieznośny skwar, zaduch i smród. Rana postrzałowa goiła się dość szybko i po tygodniu leutant mógł już ruszyć do Jugowic. On i kilkanaście innych najemników zostało wypłynęło kutrem z wyspy do miasta Helion, będącego portem przeładunkowym Ligi Morskiej i Kolonialnej.
— tu już praktycznie kończy się Winkulia, a zaczyna faktyczna Azymutia — rzekł właściciel kutra, po dopłynięciu do miasta.
I istotnie, Helion był ostatnim w miarę zamożnym i zadbanym miastem przypominającym miasta winkulijskie. Za Helionem, zaczynała się faktyczna Azymutia — dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych puszczy, niezbadane plemiona, wsie, osady. Świat w którym wszystko było obce, tak bardzo odmienne od tego co znał dotychczas, że z trudem wyobrażał sobie ogrom tego zdziczałego miejsca, oraz cieniutką linie kolejową łączącą dwa żałośnie małe punkciki na mapie Azymutii, tak zwanej winkulijskiej.
Z rozważań tych wyrwały nagle nawoływania innych najemników oznajmujących, że pociąg już p r z y j e c h a ł. Ruszyli więc ze swoimi bagażami, przepasani nabojami i z bronią w ręku schodkami do wejścia. Za nini i przed nimi ruszyło mnóstwo przedstawicieli rdzennej ludności, także zdawało się, że byli oni jedynymi białymi w pociągu. Amdel stał przy oknie z bronią gotową na wypadek ataku na pociąg, którego spodziewał się w każdej chwili. Chcąc nie chcąc, uważnie obserwując podłe położenie miejscowej ludności — reżim Riela jaki sam budował zmuszał ludzi do niewolniczej pracy w kopalniach na plantacjach, karczował odwieczne lasy pozostawiając po sobie nędzę dla milionów.
I tym razem z rozmyślań wyrwała go nieoczekiwana reakcja majora Axela, który postanowił zająć jego miejsce jako pilnujący pociągu. Amdel zasiadł obok kapitana Sefder, w sąsiednim wagonie.
— ty wiesz może czemu Axel jest taki naburmuszony?
— a skąd mogę wiedzieć? Czy coś mu zrobiliśmy, albo Riel?
— podobno.. . to znaczy gadają, że Axel chciał zabić Riela, a ty mu przeszkodziłeś.
— no ty chyba, żeś oszalał! Po cholere?
— no tak mówią… ponoć Riel chce przejąć władze w Republice, gadają nawet coś o monarchii, że chciałby wprowadzić z Hohenburgami.
— i Axel chciał go powstrzymać…
— tak, mówią.. — Sefder nachylił się nad rozmówcą i ściszył głos — tylko proszę nie mów o tym nikomu! że Axel specjalnie brał do ochrony ludzi z przypadku, ażeby ci mogli go zabić bez przeszkód!
Od tych rewelacji Amdelowi zakręciło się w głowie. Za oknem widać było coraz rzadsze połacie lasów i roślin, w końcu zaczęły przebijać się widoki ludzi slumsów, ziemianek. Tak, w tym miejscu dla Amdela zaczynały się Jugowice — do niedawna najważniejsze miasto południowej Nordaty. Dalej miasto prezentowało się coraz lepiej, blaszane domki zastąpiły neoklacystyczne budowle z czasów Arisa Kostasa, w centrum futurystyczne kreacje tegoż ministra. Ta odrobina luksusu i bogactwa zatopionego, po same brzegi w niezmierzonym morzu biedy, nędzy i cierpienia.
W końcu sędziwy pociąg produkcji volkiańskiej zatrzymał się na stacji Jugowice—centrum, i oddział wyszedł. Na stacji zaś powitał ich widok całego przekroju azymuckiego społeczeństwa. Winkulijscy żołnierze pilnujący porządku na stacji, imigranci, a raczej uciekinierzy z muratyckiej Azymutii szukający pracy, kobiety, dzieci od noworodków po młodzież w wieku szkolnym. Artyści, handlarze, przestępcy, przemtynicy, stróże prawa, biedni i bogaci ściśnięci w przepełnionym, sypiącym się dworcu kolejowym. Na którym widać było jeszcze ślady kul po nieudanej próbie zamachu stanu Augusta de la Sparasana. Gdzieś tam w kącie zasiadał lokalny grajek z gitarą i śpiewał, popularną przyśpiewkę ludową.
Hai, niha placha ramanya,
Dase numi betabrenya,
Tikete dase, yomo mini!
Hai, noche yoco
Tri Vincus chipobreye nu Volce,
Chipobreye lu prima fort!
Volce bocubrelu nipo ye Crasnu,
Vincus gofenbreye Canugardu!
Crasnu ta Canu!
Amdel podszedł do śpiewaka i rzucił kilk miedziaków do pokrowca, na co ten uśmiechnął się i powiedział mu coś w swoim języku, być może słowa podziękowania. Tymczasem Sefder wykłócał się o coś z kapitanem piechoty winkulijskiej. Aż w końcu calą czwórkę otoczyli zawodowi żołnierze, rozległa się komenda "hede hoe!" na którą Amdel podniósł ręce w górę, czekając na ich dalszą reakcje. Tymczasem gdzieś w oddali, Axel targował się z wojskowymi.
— nie możecie nas rozbroić! jesteśmy ludźmi od Riela!
— mamy rozkaz rozbroić każdą jednostkę paramilitarną!
— kto wam wydał taki rozkaz? Może Kardacz, którego wspiera finansowo?
— nie twój psi interes! Rzuć broń!
Na te. Słowa Axel rzucił broń i nakazał pozostałym rozbroić się. Żołnierze zabrali broń i zabrali ich do cyrkułu w pobliżu dworca. W nocy ten sam kapitan który ich powziął w niewolę oznajmił, iż są wolni, że całe zajście to pomyłka i, że zwrócą im broń.
— może wyjaśnić mi ktoś o co w tym wszystkim chodzi? — zapytał Amdel
— nie chcieli nas puścić, bo wojsko miało rozwiązać FMWN, ale tego nie zrobią bo brak pieniędzy Riela za bardzo zabolałyby Naczelne Dowództwo. Doszedł rozkaz z góry, że mają nas wypuścić, a całe wojsko z Azymutii ma wrócić do metropolii — odparł Sefder
— tyle, że to wciąż mi się nie klei
— nie musi.. Trzymaj to — odparł podając Amdelowi gazetę — to najświeższe wydanie Voog Winkuliersdeg, kupiłem je przed chwilą na dworcu.
Amdel rozwiną gazetę i przy świecił latarką i spojrzał na papier z wielkim wytłuszczonymi tytułami: ORĘDZIE PREZYDENTA DO NARODU, CAŁA WŁADZA W RĘCE FOLKSFÜHTERA, WRE ZAŻĄDAŁO ROZWIĄZANIA ZWIĄZKU WINKULI I VOLKIANU.
— czy to oznacza… na Óesa!... Kardacz wprowadził junte wojskową!
— dokładnie, tak jak Riel zakładał i przed czym Axel próbował nas u chronić
— to nie może być prawda!
— a jednak! Mówią, że Axel jeszcze dziś w nocy ma się zastrzelić, bo jak nie to zabiją jego i nas.
Zapadło milczenie, Axel podał wszystkim rękę powiedział, krótko, niezbyt wylewnie o tym iż służba z nimi, to był zaszczyt, że nie żałuję niczego, co do tej pory zrobił i podziękował za ich dotychczasową służbę, mając nadzieję, że ojczyzna kiedyś się nim za to odpłaci.
— nie mogę jechać dalej z wami. Do Troloyoyo zawiezie was ten oto człowiek Umeljese Wybraü, ten sam który śpiewał na dworcu kolejowym w Jugowicach. Samochód już czeka za dworcem z paliwem i wszystkim co trzeba. Żegnajcie.
Całej trójce oczy zrobiły się wilgotne od łez, spojrzeli poraz ostatni na człowieka, którego pochłonęła ciemność.
*
Był to już trzeci miesiąc służby w najemnych formacjach barona Riela i Amdel nie zamierzał być tutaj ani minuty dłużej. Po przyjeździe do Yoyotrololo zadzwonił do dziewczyny, chcąc się upewnić czy w Kanugardzie jest bezpieczna. Ta zaś opowiedziała mu ze szczegółami, to co osatnio się wydarzyło i jak przebiegał zamach stanu. Choć w przeciwieństwie do Amdela nie przejmowała się zbytnio polityką, o tyle gdy ta zaczęła być prowadzona przy użyciu wojska i ostrej amunicji, zaczęła się nią żywo interesować. Kanugard był jednak względnie bezpieczny, czego nie można było powiedzieć o Yoyotrololo.
Umeljese pochodził z Troloyoyo i był przewodnikiem grupy żołnierzy, której tym razem przewodził kapitan Safeder i która liczyła już ponad czterdziestu pięciu najemników. Ten zabrał kapitana i leutnanta Qurta do niewielkiej knajpy — jednego z nielicznych przyzwoitych budynków w miasteczku. Same Yoyotrololo było typowym azymuckim miastem. Biednym, zewsząd otoczonym slumsami, nad którym wznosiły się lasy tropikalne i nieustające nigdy szyby naftowe. Amdel i Safeder zamówili dżin wymieszany z tonikiem jako ochronę przed malarią, a także nieco innych trunków aby się nimi później natrzeć.
— powiedz mi — zaczął Safeder — co zamierzasz robić po powrocie do domu?
— jeśli wrócę stąd żyw… szczerze mówiąc nie wiem, wcześniej robiłem na budowie, ale nie zamierzam tam wracać. — odparł — mam licencjata z ekonomi, więc być może zajmę się księgowoscią?
— też dobre, ja pracowałem w Lidze Morskiej, mój brat wciąż tam pracuje i mieszka w Nadmorzcu, jakby kiedyś potrzebowali tam księgowego, to wbijaj czym prędzej do mnie.
I w tym momencie obaj się zaśmiali.
— tak wogóle to gdzie mieszkasz? Skąd jesteś? Jakoś nigdy nie miałem okazji cie o to spytać.
— Ramshorn, pochodzę z Ramshorn.
— To jest gdzieś pod Kanugardem?
— tak, na południe od stolicy.
Amdel rozejrzał się po ścianach izby. Zaintrygowały go zdobiące je obrazy, reprezentujących najpewniej jakąś abstrakcyjną gałęź sztuki.
— co to za bochomazy?
— to? Podobno ten cały Umeljese coś, tamto gówno namalował… ale że w Krasnodarsku, ktoś to zauważył to część jego prac trafiło nawet do Galerii Narodowej, to teraz całe miasteczko się tym chwali i fioła dostali na punkcie tego faceta…
— ha! Takie coś mogli zechcieć chyba tylko w Krasnodarsku!
— dokładnie — odparł z nutką zażenowania, popijać dżin. — tak wogóle to ty jesteś tym… no... Osakiem, tak?
— tak, jestem i pochodzę z Burgiogradu, byłem jedynym Osakiem w klasie
— hmm, chyba wiem jak to jest, ja dla przykładu jestem z rotriokatolickiej rodziny, co jest w Winkulii rzadkością…
— możliwe.
Zapadła cisza. Każdy z nich rozmyślał nad tym co spotkało ich dowódcę i co spotkać ich też wciąż może.
*
Przez pierwszy tydzień od czasu przyjazdu do Troloyoyo nie działo się nic nadzwyczajnego. Czas pracy upływał na rutynowych kontrolach, czyszczeniu broni i odpoczynku.
Każdy z nich starał się nie myśleć o nieuchronnej śmierci, która mogłaby ich tu dopaść. Po pewnym czasie, przebywania w dżungli i tego co dotychczas przeżyli, zdawać by się mogło, że udało im się ujarzmić do pewnego stopnia lęk przed śmiercią. Najtrudniej było im się pogodzić ze śmiercią majora Axela, ale i to nie mogło ich wyrwać z okowów tego okrutnego miejsca.
*
Amdel głęboko wierzył w to, że jego życie wróci do normy. Wrócił do kraju we wrześniu roku dwudziestego, niedługo potem oświadczył i ożenił się z Ulroeke odtąd Quart-Bloem, która zgodziła się nawet dokonać konwersji na osacyzm. Za pieniądze zarobione u Riela wykupił dom na przedmieściach Nadmorzca, zaś Sefder, zgodnie ze złożoną obietnicą załatwił mu pracę w dziale księgowości Ligi Morskiej.
Pozornie ułożony i szczęśliwy człowiek zamykał się coraz bardziej w sobie, każdy piątkowy wieczór spędzając w gabinecie, samotnie z butelką bimbru w prawej dłoni i z lewym łokciem dociskającym gazetę.
— i pomyśleć, że to wszystko przeze mnie… patrzcie no… — mruknął pod nosem — przeze mnie zginął Axel, tych trzech niczemu winnych ludzi i dziesiątki innych Azymutczyków, nikt inny jak ja. — dokończył w myśli, biorąc do ust szklankę bimbru — czy gdybym puścił Axela i pozwolił mu zabić Riela, nie byłoby zamachu stanu, nie byłoby wojny domowej, a w tej niepotrzebnej nikomu koloni nikt więcej już by nie ginął. — spuścił wzrok na gazetę z wielką podobizną barona de sa'o — czyż nie zadziałaby się sprawiedliwość boża, gdyby to ten pasożyt Riel gryzł dziś piach, zamiast tylu szlachetnych ludzi? Stanąłem przeciwko złu, które mogłem zgasić nie robiąc absolutnie nic! grzech mój jest nie do przebaczenia, zabiłem jedyną osobę, która mogła ocalić Republikę i mnóstwo żyć ludzkich! — w tym miejscu Amdel zrobił jeszcze łyk bimbru i zasnął ze łzami w oczach z twarzą na biurku.
Nazajutrz rozwarł lekko oczyma i zmiótł wzrokiem cały pokój. Przez dziurkę od klucza wpadały nieśmiało promienie porannego światła.
Księgowy podniósł się z trudem i obolałą głową i ciałem, podobniej jak przedtem nim znalazł się w azymuckiej dżungli i znalazł zatrudnienie w Nadmorzcu.
Całkiem niespodziewanie drzwi uchyliły się i do pokoju wstąpiła kobieca postać.
— aj, co by to zmieniło?
— jak to "co by to zmieniło?", zmieniłoby wszystko! Axel by żył, tysiące innych ludzi też, ja jestem temu też winien, z go nie powstrzymałem!
Ulroeke podbiegła, złapała go za rękę i rzekła
— majaczysz! nic byś nie zmienił, oj majaczysz! musimy czym prędzej udać się z tobą do psychiatry.
W końcu Amdel udał się do psychiatry i choć terapia początkowo przynosiła pożądane efekty, to jednak wyrzuty sumienia wciąż nie pozwalały mu normalnie funkcjonować.
Któregoś zimnego styczniowego wieczoru wracając, z pracy, wstąpił na sam szczyt latarni morskiej w Nadmorzcu i rozbił się o zaśnieżone skały. Ciało jego stoczyło się do morza, które wypluło je kilka kilometrów dalej, gdzieś na północnym-zachodzie, jakby zbliżając się do granic kraju z którego pochodził.
Zauważył to Zakron osackiej gminy wyznaniowej i skwitował to słowami; "ciało jego miotły fale, tak jak los sponiewierał jego życie mieszczące się gdzieś między nędznym trwaniem i zagładą". Nim złożono jego szczątki siedem stóp pod ziemią na cmentarzu osackim w Nadmorzcu.
Koniec
RE: Opowiadania - Maximilian Fiodorow-Frassati - 23 Sie 2021 Opowieść o założeniu Jugowic Dawno temu żył sobie rycerz Jugo, który pochodził z Muratyki , miał on bowiem troje dzieci , oraz żonę którą trudniła się rolnictwem , i łowiła ryby. Jugo , pewnego dnia odwiedził znajomego drwala, który mieszkał w jego sąsiedztwie , gdy wszedł do jego domu, zaciekawiony drwal zapytał : - Dzień dobry kumie, co tam u ciebie? - Powiedział. - Jak zawsze - Powiedział Jugo Po rozmowie z drwalem Jugo poszedł oglądać turniej rycerski, który był wtedy organizowany. Wtedy jednak rozległe się dzwonienie dzwonów i wzywaniem na walkę, Jugo , jak na rycerza przystało poszedł na walkę. Okazało się że atakują dziczy plemieńcy , pod wodzą ich Króla. Po bitwie, która odbyła się pod ich stolicą , dzikie plemię zostało rozgonione. Wtedy zwycięscy rycerze uhoronowali laurami Hugona, a on serdecznie do nich powiedział : - Trzeba poszukać miejsce do osiedlenia się. Wkrótce do tłumu gapiów , który rósł po zwycięskiej bitwie dołączyli także dzieci , które Jugo i jego żona przytulali. Po długim poszukiwaniu miejsc na osiedlenie się, rycerze zatrzymali się w nieznanej krainie , aż znaleźli idealne miejsce pod drzewem. Nowo powstały gród nazwali na cześc Jugona , Jugowice. |